Czas na przerwę. Co robić, gdy nic Ci się nie chce?


Niezależnie od tego jak ciekawą masz pracę i jak mocne są relacje z osobami przebywającymi w twoim otoczeniu, to jestem pewna, że zdarzają się dni, w których masz wszystkiego dosyć.

Drażnią Cię głośne rozmowy, nie masz ochoty, ani na rozpisywanie ambitnych planów, ani na rozwiązywanie skomplikowanych problemów. Dodatkowo wszystkie zachęty, by zrobić coś szybciej, lepiej i efektywniej odnoszą przeciwny do zamierzonego skutek.

Niezależnie od tego jak bardzo chcemy, by takich dni było jak najmniej, to czasami się zdarzają. Z tego powodu chciałabym podzielić się kilkoma sposobami, które pomagają mi pozbyć się negatywnego nastawienia i krok po kroku wrócić na właściwe tory. Mam nadzieję, że zadziałają również u ciebie.

Zniechęcenie i brak motywacji w moim przypadku wynika z dwóch sytuacji: albo mam zbyt wiele obowiązków i zwyczajnie padam ze zmęczenia, albo mam ich zwyczajnie za mało (naprawdę zdarzają mi się takie dni i co ciekawe przechodzę je zdecydowanie gorzej niż te, w których wszystko powinno być zrobione na wczoraj). Dlatego strategie radzenia sobie z „niechcemisiami” podzieliłam na dwie kategorie.

Przypadek nr 1 – zbyt wiele do zrobienia

Zrób to, co do Ciebie należy

Nie potrafię odpoczywać ze świadomością, że czeka na mnie masa obowiązków. Przerwa na drzemkę, przeczytanie kilku stron książki, czy wyjście na kawę kończy się tym, że ani nie pracuję, ani nie odpoczywam. Zerkam na zegarek sprawdzając czy czas relaksu minął, nie jestem w stanie z pełnym zaangażowaniem skupić się na tym, o czym mówi koleżanka, ani śledzić losów bohaterów powieści. Efekt jest taki, że zaplanowana przerwa nie przynosi ulgi, a ja coraz bardziej martwię sie tym, że nie zdążę wykonać określonej pracy.
Dużo lepiej sprawdza się wypunktowanie tego, co faktycznie musi się znaleźć w planie dnia i zwyczajne zabranie się do roboty. Odhaczanie poszczególnych pozycji pokazuje mi, że nie stoję w miejscu lecz powoli przesuwam się w odpowiednią stronę. Przeważnie zaczynam od łatwiejszych zadań, które mogę wykonać w stosunkowo krótkim czasie. Dzięki temu obciążenie, które odczuwam wyraźnie się zmniejsza i z każdym kwadransem jest mi łatwiej wykonywać kolejne czynności. Co ważne obiecuję sobie, że po zrealizowaniu wszystkich punktów, zaopiekuję się sobą.  I co najważniejsze – dotrzymuję słowa.

Czas na regenerację

Bywa, że wykonanie wszystkich zadań samo w sobie poprawia humor. Pamiętam jednak o tym, że rano mój organizm domagał się większej uwagi. Wiem, że jeżeli nie zajmę się nim teraz, to kolejny dzień może ponownie zacząć się od uczucia zniechęcenia. Dlatego po powrocie do domu nie zabieram się za gotowanie, czyszczenie okien, czy szorowanie sztućców. Zamiast tego zamawiam ulubiony posiłek, biorę prysznic i kładę się spać. Daje sobie czas na nabranie sił.
Odłączam się też od zewnętrznych bodźców takich jak telewizja, internet, a nawet radio. Nie sprawdzam ani telefonu, ani poczty. Zamiast tego wybieram się na spokojny spacer, siadam na ławce i po prostu odpoczywam. Swoją drogą uważam, że żyjąc w ciągłym biegu często zapominamy o tak prostych czynnościach. Z tego powodu nie mamy czasu przetrawić wszystkich docierających do nas informacji, zresetować się i wyciszyć. Po spacerze sięgam po książki lub spotykam się z innymi ludźmi. Nie są to jednak głośne imprezy, a raczej spotkania w dwie, trzy osoby, którym można opowiedzieć o tym, jak minął dzień, pograć w planszówki lub skupić się na jakiejś twórczej pracy.
Czymś co na mnie doskonale działa są zajęcia wymagające dużego skupienia. Może to być dzierganie, szycie, wypełnianie kolorowanek dla dorosłych. Chodzi o coś, co sprawi, że przestaniemy myśleć o tym, co czeka na nas jutro, a zaczniemy skupiać wyłącznie na czynności, którą wykonujemy w danym momencie. Po bardzo stresującym dniu świetnie sprawdza sie u mnie trening autogenny Schultza. I zajedzenie czegoś smacznego 😉

 

Przypadek nr 2 – zbyt mało obowiązków (lub obowiązki zbyt nudne)

Tego typu sytuacje dopadają mnie zazwyczaj podczas weekendu, którego wcześniej nie zdążyłam zaplanować. Snuję się wówczas z kąta w kąt i nie za bardzo wiem, co powinnam ze sobą zrobić. Najgorszą z możliwych opcji jest odpuszczenie sobie i posadzenie swoich  czterech liter na kanapie przed telewizorem. Spędzenie dnia w taki sposób powoduje, że wieczorem jestem jeszcze bardziej niezadowolona i zmęczona. Dodatkowo mam też wyrzuty sumienia z powodu zmarnowanego dnia.

Metoda małych kroków

Gdy dopada mnie niechęć do zrobienia czegokolwiek, najważniejszą sprawą staje się zmuszenie samej siebie do wykonania czegoś, co przynosi niemal natychmiastowy efekt. W moim przypadku świetnie sprawdza się sprzątanie. Układanie ubrań, segregowanie książek, porządkowanie materiałów w moim „krawieckim” kąciku sprawiają, że mam poczucie, że dzień nie został stracony – w końcu zrobiłam coś pożytecznego.
Nie bez znaczenia są dźwięki, którymi się wówczas otaczam. Początkowo włączam spokojne, relaksujące melodie. Stopniowo przechodzę do dynamiczniejszych kawałków, by ostatecznie dojść do tych ulubionych, które dają porządny zastrzyk energii. Takie stopniowe zmiany sprawiają, że przestawiam się na nieco inny tryb. Swoją drogą zawsze byłam pod wrażeniem tego, w jaki sposób muzyka wpływa na nasze samopoczucie.
Podczas walki z „niechcemisiem” dobrze sprawdzają się u mnie rzeczy związane z planowaniem. Szukam nowych przepisów, robię listę zakupów, sprawdzam czego brakuje w mieszkaniu, zastanawiam się też jakiej nowej rzeczy chciałabym się w nadchodzącym czasie nauczyć. Ten ostatni punkt przeradza się w szukanie książek o interesującej mnie tematyce, przeglądaniem branżowej prasy, oglądaniem tutoriali oraz przeglądaniem kursów on-line. A później kilkoma godzinami nauki.

Co dwie głowy, to nie jedna

Z „niechcemisiem” dobrze radzą sobie także moi znajomi. W odróżnieniu od sytuacji, w której jestem zmęczona nadmiarem obowiązków, teraz szukam osób, które mają ochotę pograć w koszykówkę, jeździć na rolkach, chcą wyskoczyć na wspólny trening lub pojechać nad jezioro. Przebywanie z innymi zawsze, ale to zawsze, poprawia humor. Odrobina ruchu, relaks na świeżym powietrzu i wspólne rozmowy to chyba najprostsze i najprzyjemniejsze sposoby na walkę ze złym samopoczuciem.

Konieczność bycia potrzebnym

Podczas pracy w mediach przyzwyczaiłam się do tego, że praktycznie zawsze mam coś do zrobienia. Stan, w którym nie muszę nic robić sprawia, że czuję się nieco niepotrzebna. Dlatego kolejnym sposobem na radzenie sobie ze spadkiem motywacji jest zrobienie czegoś dla innych. Przekopanie ogródka, opieka nad siostrzenicą, zrobienie ciasta dla kogoś bliskiego – to drobne gesty, które mogą zmienić nastrój obu stronom. Jedna zyskuje pewność, że jest otoczona troską, druga, że może się komuś sprawić przyjemność. Radość z tego, że mogło się komuś pomóc, skutecznie odgania wszelkie negatywne uczucia.

Podzielicie się swoimi sposobami?

Kamila

Poprzedni Aromatycznie i zdrowo – robimy domowy ogródek
Kolejny Samodzielna nauka czy kurs?

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *